
Dzwoni telefon, widzę numer z Gdańska. Odbieram, a w słuchawce słyszę głos… no, głos totalnej rezygnacji. Młoda kobieta, chyba ledwo trzymała nerwy na wodzy. Mówi, że już trzeci raz próbowała sama coś zrobić z pluskwami. Trzeci raz! Wyobrażacie sobie? Cały weekend stracony, całe mieszkanie pachnie, a raczej śmierdzi, jakąś chemią z marketu, a ona i tak rano wstała pogryziona. „Panie Danielu, ja już nie mam siły. Siedzę w tej kuchni i płaczę”.
I wiecie co? Ja to totalnie rozumiem. To nie jest jej wina. To nie jest tak, że zrobiła coś źle albo że ma bałagan. Tydzień wcześniej byłem u starszego małżeństwa w Gdyni. Mieszkanie lśniło, dosłownie można było jeść z podłogi. A pluskwy? Miały się świetnie w ramie ich dębowego łóżka. Bo pluskwa ma gdzieś, czy masz kurz pod szafą. Ona chce tylko jednego: Twojej krwi i świętego spokoju, żeby mogła się rozmnażać. To nie jest kwestia porządku, dlatego zawsze powtarzam, że czy czystość gwarantuje spokój? Zwalczanie szkodników to pewność, a nie sterta rachunków za środki czystości.
„Przecież kupiłem tę bombę w sklepie!”
A, te słynne bomby. Prawie każdy klient, do którego jadę, ma gdzieś w śmietniku pustą puszkę po takim wynalazku. To jest klasyk. Stawiasz to na środku pokoju, naciskasz guzik, uciekasz z mieszkania na parę godzin, wracasz… i co? I nic. Znajdujesz kilka trupków na widoku, na środku dywanu. Czujesz triumf! A potem idziesz spać i koszmar wraca. Dlaczego? Bo ta mgiełka z puszki, gęsta i oleista, osiada na powierzchniach. Ona nie ma siły, żeby wcisnąć się w te wszystkie mikroszczeliny, w których siedzi królowa-matka z setkami jajeczek.
Pluskwy to nie są głupie stworzenia. One czują zagrożenie. Jak psikasz po wierzchu, to te, które przeżyją, uciekają jeszcze głębiej. Wchodzą pod listwy przypodłogowe, do gniazdek elektrycznych, za ramy obrazów. Miałem kiedyś zlecenie w Sopocie, gdzie główna kolonia była… w karniszu. Tak, w metalowej rurce od zasłon. Nigdy byś tam nie zajrzał. Dlatego takie „zaleczenie tematu” to prosta droga do tego, żeby mieć szkodniki w ścianach, a wtedy problem robi się dziesięć razy większy.
Mój sposób to nie walka. To anihilacja.
Kiedy wchodzę do mieszkania, to nie zaczynam od rozkładania sprzętu. Zaczynam od rozmowy i latarki. Tak, zwykłej, mocnej latarki. Klękam przy łóżku i pokazuję palcem. „Widzi pani te czarne kropeczki w szwie materaca? To ich odchody. A to, takie małe, przezroczyste ziarenka ryżu? To jajeczka”. Ludzie często są w szoku. Nigdy nie patrzyli tak z bliska. Ale ja muszę wiedzieć, gdzie jest epicentrum, gdzie jest ich „baza wypadowa”.
Później idzie w ruch sprzęt. Nie, nie puszka z marketu. Wnoszę zamgławiacz ULV. Wygląda trochę jak z filmu science-fiction. Kiedy go włączam, zaczyna wydawać taki charakterystyczny, wysoki dźwięk. I po chwili z lufy zaczyna wydobywać się zimna, sucha mgła. Gęsta, że po minucie nie widać drugiego końca pokoju. I to jest cała tajemnica. Ta mgła składa się z mikroskopijnych kropelek preparatu, mniejszych niż cząsteczka kurzu. Ona unosi się w powietrzu, wiruje, a grawitacja powoli ściąga ją w dół. Wnika wszędzie. Pod każdą listwę, w każdą dziurkę od gwoździa, w każdy szew tapicerki. Nie ma przed nią ucieczki.
To trochę jak z pożarem – nie gasisz go polewając wodą z kubka. Potrzebujesz wozu strażackiego, który zaleje wszystko. Dlatego właśnie zamgławianie ULV daje im taką nauczkę, że nie mają ochoty wracać.
Moment, na który czekam przy każdej robocie
Najlepsze w tej pracy nie jest wcale oglądanie martwych robaków. Serio. Najlepszy jest ten moment, kiedy przyjeżdżam na drugi, kontrolny zabieg po dwóch-trzech tygodniach. Otwierają mi ci sami ludzie, ale to już nie są te same twarze. Nie ma tego napięcia, tych podkrążonych oczu. Jest uśmiech.
Pamiętam tę panią z początku opowieści, z Gdańska. Kiedy zobaczyłem ją drugi raz, pierwsza rzecz, jaką powiedziała, to: „Panie Danielu, ja śpię. Po prostu śpię w nocy. Pierwszy raz od dwóch miesięcy nie budzę się z myślą, że coś po mnie chodzi”. I podała mi ciasto. Domowy sernik. To było lepsze niż jakakolwiek zapłata. Ten moment, kiedy widzisz, że przywróciłeś komuś normalność, ten cholerny, upragniony święty spokój we własnym domu. To daje takiego kopa energii, że chce się jechać na kolejne zlecenie, nawet jeśli to w korkach do Rumi.
Bo tu nie chodzi o zabijanie pluskiew. Chodzi o to, żeby ludzie mogli wreszcie odetchnąć. Żeby nie bali się położyć we własnym łóżku, żeby nie musieli oglądać każdego centymetra pościeli przed snem. Ten komfort psychiczny jest bezcenny.
Pluskwy to nie jest wyrok i na pewno nie powód do wstydu. To po prostu problem techniczny do rozwiązania. Jak cieknący kran. Nie naprawiasz go, zaklejając taśmą, tylko wzywasz hydraulika. Tu jest tak samo.
Więc jeśli ten scenariusz brzmi znajomo, jeśli masz już dość tej nierównej walki i tych nieprzespanych nocy, to nie kombinuj dalej. Zadzwoń do mnie. Tak po ludzku, pogadamy. Czasem już sama rozmowa z kimś, kto wie, jak ten koszmar zakończyć, przynosi ulgę.

