Twoje mrówki w domu to nie te z ogrodu? Zwalcz faraona!

Obrazek tytułowy

W zeszłym tygodniu dzwoni do mnie pani z Wrzeszcza. Głos w słuchawce już taki… zmęczony. Wiecie, jak to jest. „Panie Danielu, ja już nie mam siły. Mrówki. Wszędzie mrówki. Wydałam majątek na te wszystkie spraye, proszki, domki. A one jakby się ze mnie śmiały. Znikają na dzień i wracają ze zdwojoną siłą”. Mówię, że będę za godzinę, bo akurat kończyłem robotę w Sopocie. Wchodzę do mieszkania, a tam unosi się w powietrzu taki dziwny zapach – mieszanka chemii z marketu i cynamonu. Klasyka. Pani pokazuje mi blat w kuchni. Na pierwszy rzut oka – nic. Czysto.

„Ale niech pan poczeka”, mówi i kładzie na blacie okruszek ciasta. Czekamy może minutę. W ciszy słychać tylko tykanie zegara. I nagle, jak spod ziemi, z malutkiej szczeliny przy listwie, wychodzi jedna. Taka maleńka, ledwo widoczna, w kolorze bursztynu. A za nią druga, trzecia… i po chwili maszeruje już cały, równiutki sznureczek tych duchów. Jakby ktoś niewidzialnym cienkopisem narysował linię prosto do tego okruszka.

Pani wzdycha. „Widzi pan? To te z ogrodu. Włażą przez okno, dranie jedne”.

I tu dochodzimy do sedna. Pochylam się, przyglądam im się z bliska. To jest ten moment, który uwielbiam w mojej pracy. Chwila, w której mogę komuś otworzyć oczy. Mówię: „Proszę pani, z całym szacunkiem, ale to nie są mrówki z pani pięknego ogródka. To zupełnie inna bajka. To są faraonki”.

To nie goście z zewnątrz. To nowi, nieproszeni lokatorzy

Widzę to spojrzenie. Najpierw zdziwienie, potem niedowierzanie. Bo jak to? Mrówka to mrówka. No właśnie nie. Te czarne, które widzi pani na chodniku, te, które budują kopce w trawie – to są nasze, polskie mrówki. Owszem, wejdą czasem do domu po coś słodkiego, ale ich dom jest na zewnątrz. One tu tylko wpadają w gości. Można je porównać do sąsiada, który czasem wpadnie po cukier.

A faraonki? Faraonki to gatunek tropikalny. One nie przetrwają na zewnątrz naszej zimy. Dlatego ich domem jest… pani dom. Cały blok. One żyją w ścianach, pod podłogami, w listwach przypodłogowych, w peszlach z kablami. To nie jest sąsiad wpadający po cukier. To kuzyn, który wprowadził się bez pytania, ze wszystkimi swoimi gratami, całą rodziną i nie zamierza się wyprowadzić.

One są maleńkie, rudo-żółte, prawie przezroczyste. I mają straszną cechę. Kiedy pani pryska na nie tym sprayem ze sklepu, nie zabija ich pani. Pani je… rozmnaża. To brzmi jak żart, wiem. Ale tak to działa.

Dlaczego spray z marketu to najgorszy pomysł?

Wyobraźmy sobie, że ich gniazdo to jeden, wielki organizm. Jedna królowa matka i tysiące robotnic. Kiedy pani psika chemią, te robotnice, które przeżyją, wpadają w panikę. Wysyłają sygnał S.O.S. do gniazda: „Atakują nas! Ewakuacja!”. Co robi kolonia? Dzieli się. Dosłownie. Kilka królowych-córek bierze garstkę robotnic i zakłada nowe gniazda. Jedno za telewizorem. Drugie w łazience, za pralką. Trzecie u sąsiada za ścianą. Z jednego problemu robi się pięć. I tak w kółko. To jest typowa walka z wiatrakami, którą znam z wielu domów, gdzie ludzie miesiącami próbują sami coś zdziałać.

Widziałem już ich gniazda w najdziwniejszych miejscach. W obudowie laptopa. Wewnątrz gniazdka elektrycznego. W starej książce. One potrzebują tylko ciepła i odrobiny wilgoci. Dlatego tak kochają bloki z centralnym ogrzewaniem. Mogą wędrować po całym budynku pionami wentylacyjnymi i rurami. Dlatego czasem problem dotyczy nie jednego mieszkania, a całej klatki. One po prostu nie znają granic, a szkodniki w wentylacji to niestety częsta sprawa w Trójmieście.

Jak więc wygrać tę wojnę? Podstępem, nie siłą

Z faraonkami nie walczy się siłowo. Tu trzeba sprytu. Zamiast frontowego ataku, stosujemy dywersję. Używam specjalnego żelu. Wygląda jak małe kropelki miodu. Rozkładam je na ich trasach, tych autostradach, które sobie wyznaczyły. To nie jest trucizna, która działa od razu. To jest ich ulubiony posiłek z niespodzianką w środku.

I teraz zaczyna się najciekawsza część. Robotnice łapią ten żel i zanoszą go prosto do gniazda. Karmią nim inne robotnice, larwy i co najważniejsze – królowe. One nie mają pojęcia, że przynoszą do domu konia trojańskiego. To działa powoli, przez kilka, kilkanaście dni. Ale dzięki temu środek dociera do samego serca problemu. Do królowych, które są fabrykami nowych mrówek. Kiedy one giną, cała kolonia umiera. Koniec.

Nie ma hałasu, nie ma smrodu chemii. Jest tylko cisza i obserwacja. Patrzę, jak jedna z nich chwyta drobinę żelu i rusza w drogę powrotną do gniazda. I wiem, że to początek końca ich panowania w tej kuchni. W tej jednej, małej mrówce jest cała nadzieja na święty spokój dla tej rodziny.

To robota dla cierpliwych, ale daje satysfakcję!

Pani z Wrzeszcza była sceptyczna. Przyzwyczajona do natychmiastowego, choć krótkotrwałego efektu sprayu, nie dowierzała, że kilka kropelek żelu może załatwić sprawę. Poprosiłem o cierpliwość. I żeby pod żadnym pozorem nie używała już żadnej chemii i nie zmywała tych kropek.

Zadzwoniła po dwóch tygodniach. W słuchawce słyszałem zupełnie inną osobę. Pełną energii, roześmianą.

„Panie Danielu, nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Po kilku dniach było ich jakby więcej, oblegały ten pana żel. A potem z dnia na dzień… zniknęły. Wszystkie. Nie ma ani jednej. Mogę wreszcie zostawić cukierniczkę na blacie. Dziękuję panu!”

I właśnie dla takich telefonów kocham tę robotę. To poczucie, że nie tylko usuwam robaki, ale przywracam komuś komfort życia we własnym domu. Ten upragniony święty spokój.

Bo problem z faraonkami to nie jest kwestia brudu czy zaniedbania. Można je przynieść ze sklepu, z paczką, albo mogą po prostu przyjść od sąsiada. Ważne jest, żeby wiedzieć, z kim ma się do czynienia. Wiedza i doświadczenie to podstawa, dlatego dobry technik to ktoś, kto nie przestaje się uczyć o tych małych stworzeniach.

Jeśli więc widzisz u siebie w domu te małe, rude duszki maszerujące w idealnym szeregu – nie sięgaj po spray. Nie dokładaj sobie problemów. Zadzwoń, pogadamy. Czasem wystarczy, że opiszesz mi, co widzisz, a ja już będę wiedział, czy szykuje nam się mała potyczka z gośćmi z ogrodu, czy prawdziwa, strategiczna bitwa o dom. I wiesz co? Obie potrafię wygrać.

Przewijanie do góry