
Pamiętam, jak w zeszły wtorek podjechałem pod blok w Rumi. Dzwoniła do mnie pani Ania, głos jej się łamał przez telefon. „Panie Danielu, ja już nie mam siły, one są wszędzie”. Wszedłem do kuchni. Na pierwszy rzut oka – czyściutko. Lśniące blaty, pachnące świeżością podłogi. Pani Ania, młoda mama dwójki małych brzdąców, prawie płakała z bezsilności. Mówiła, że sprząta non stop, a i tak co wieczór, jak tylko zgaśnie światło… zaczyna się szuranie.
Wziąłem swoją latarkę. Taka mocna, co pokazuje każdy pyłek kurzu. Uklęknąłem przy lodówce. Cisza. Tylko buczenie agregatu. I nagle, w snopie światła, zobaczyłem to. Za uszczelką drzwi, w tym rowku, gdzie nikt nigdy nie zagląda, czaił się on. Prusak. A obok niego drugi, trzeci… cała kolonia. Pani Ania zakryła usta dłonią. „Ale… ja tam psikałam tym sprayem z marketu!” – szepnęła. A ja jej na to, że właśnie dlatego się tam schowały. To jest cała tajemnica walki ze szkodnikami, która spędza sen z powiek.
To nie jest walka na siłę, to gra w chowanego
Ludzie myślą, że jak kupią najmocniejszy spray z trupią czaszką na etykiecie, to załatwią sprawę. A to jest, wybaczcie słowo, fuszerka. To jakbyś gasił pożar benzyną. Te wszystkie środki ze sklepu działają odstraszająco. Pryskasz w jednym miejscu, a one uciekają w drugie. Za listwy, pod panele, do sąsiada przez wentylację. I problem zamiast zniknąć, rozłazi się po całym budynku. Ty masz chwilę spokoju, a one w tym czasie zakładają nowe gniazda w miejscach, o których nawet byś nie pomyślał. To jest właśnie to, co nazywam „zaleczeniem tematu”, a nie jego rozwiązaniem.
Walka ze szkodnikami to nie siłowanie się na rękę. To jest praca detektywa. Trzeba znaleźć ich autostrady. Skąd przychodzą? Gdzie mają stołówkę? Gdzie sypialnię? Kiedyś u jednego pana w Gdańsku na Przymorzu, który walczył z mrówkami faraona, znalazłem ich główne gniazdo w… pilocie od telewizora. Ciepło, ciasno, bezpiecznie. Spryskałby pan całą kuchnię, a one by się tylko śmiały, oglądając z panem wieczorne wiadomości. Dlatego właśnie zwalczanie zależy od gatunku, bo każdy ma swoje dziwne upodobania.
Zapomnij o „domowych sposobach” – one tylko karmią problem
W internecie jest pełno „genialnych” rad. Wysyp cynamon, rozłóż liście laurowe, zrób pułapkę z piwa. Słuchajcie, to wszystko to jest zabawa, a nie poważne działanie. Szkodniki, z którymi walczymy, przetrwały miliony lat. Myślicie, że przestraszą się listka z zupy? To jest walka z wiatrakami. Marnujesz czas, nerwy i pieniądze, a kolonia rośnie w siłę.
Najgorsze jest to, co dzieje się w głowie. Zaczynasz się czuć obco we własnym domu. Każdy szmer w nocy powoduje, że stajesz na równe nogi. Wstydzisz się zaprosić gości. Sprawdzasz jedzenie po pięć razy, zanim podasz je dziecku. Ten stres jest gorszy niż same robaki. To on jest prawdziwym szkodnikiem, który niszczy Twój spokój. A przecież nie o to chodzi w życiu, żeby toczyć wojnę z czymś, co ma milimetr długości. Czasem zwalczanie szkodników to wyzwanie, ale nie musisz go podejmować sam.
Jak to robimy, żeby naprawdę był spokój?
Kiedy ja wchodzę do akcji, to nie pryskam na oślep. Ja myślę jak szkodnik. Gdzie bym się schował, gdybym był prusakiem? Gdzie bym poszedł na obiad, będąc szczurem?
U pani Ani z Rumi nie użyłem żadnego śmierdzącego sprayu. Zastosowałem specjalny żel. Nakładałem go malutkimi kropelkami, wielkości główki od szpilki, w ukrytych miejscach – na zawiasach szafek, za gniazdkami, w szczelinach. Ten żel dla prusaków jest jak najlepsza czekolada. One go jedzą, zanoszą do gniazda i dzielą się z resztą. Działa powoli, bez paniki. Po prostu cała kolonia cichutko znika w ciągu kilku dni. Bez zapachu, bez wietrzenia, bezpiecznie dla dzieciaków biegających po kuchni.
Innym razem, w domku pod Tczewem, miałem problem z owadami, które zalęgły się na poddaszu. Weszły w każdą szparę w drewnianych belkach. Tam żaden żel by nie dotarł. Wtedy wyciągam cięższy sprzęt – zamgławiacz ULV. To urządzenie tworzy zimną mgłę, która unosi się w powietrzu jak dym. Każda kropelka tej mgły jest mniejsza niż przekrój ludzkiego włosa i zawiera środek owadobójczy. Ta mgła wnika wszędzie. W każdą szczelinę, pod każdą deskę, za każdą szafę. Po kilku godzinach opada, zostawiając mikroskopijną warstwę ochronną. Efekt? Totalna anihilacja. I spokój na długo.
To jest ta chwila, dla której to robię
Najlepszy moment w tej pracy? To nie jest widok martwego szkodnika. To jest telefon od klienta po tygodniu. Dzwoni pani Ania i słyszę w jej głosie… ulgę. „Panie Danielu, jest cisza. Po prostu jest cisza. Pierwszy raz od miesięcy zrobiłam sobie wieczorem herbatę i usiadłam w kuchni bez tego obrzydliwego uczucia, że ktoś mnie obserwuje”.
Albo ten pan z Przymorza, od pilota. Zadzwonił i się śmiał. Mówi: „Panie, teraz to ja mam sterylne warunki, ale pilota i tak rozkręcam co tydzień, z przyzwyczajenia!”.
To jest ta energia. Świadomość, że nie sprzedałem komuś usługi, tylko zwróciłem mu jego własny dom. Jego azyl. Ten święty spokój, którego nie da się kupić w żadnym markecie. Gryzonie to też inna para kaloszy, one są niesamowicie inteligentne i potrafią się uczyć na błędach. Walka z nimi to prawdziwa partia szachów. To nie jest tylko położenie trutki. Dlatego zwalczanie szczurów to tak trudny wróg, bo wymaga myślenia kilka kroków do przodu.
Każdy dom, każde mieszkanie w Gdańsku, Gdyni czy Sopocie to inna historia i inny problem. Nie ma jednego rozwiązania na wszystko. Dlatego nie bawię się w zgadywanki. Przyjeżdżam, rozmawiam, zaglądam w każdy kąt i dopiero wtedy działam.
Jeśli czujesz, że tracisz już nerwy, że ta walka Cię przerasta i zabiera radość z bycia u siebie… to po prostu zadzwoń. Pogadamy. Tak po ludzku. Zobaczę, co tam u Ciebie piszczy – dosłownie i w przenośni. I znajdziemy na to sposób. Raz, a dobrze.

