Mrówki faraona czy ogrodowe? Zwalczanie zależy od gatunku!

Obrazek tytułowy

Dzwoni telefon, numer z Gdańska. Odbieram. W słuchawce słyszę głos lekko podłamanej Pani Basi: „Panie Danielu, ratunku! Ja już nie mam siły. Mam w kuchni mrówki, takie malutkie, rudawe. Psikam je tym sprayem ze sklepu, takim najmocniejszym, a na drugi dzień jest ich dwa razy więcej! Jakby się ze mnie śmiały!”. Uśmiecham się pod nosem, bo dokładnie wiem, co się dzieje. To klasyk. Scenariusz, który przerabiam kilka razy w tygodniu na Wrzeszczu, w Sopocie czy gdzieś pod Żukowem.

„Pani Basiu, spokojnie. Proszę już niczym nie pryskać. To tak, jakby pani gasiła pożar benzyną. Będę u pani za godzinę” – mówię i już czuję ten przypływ energii. Kolejna zagadka do rozwiązania, kolejny dom do odzyskania. To jest to, co kocham w tej robocie.

Detektyw w kuchni, czyli dlaczego spray to fuszerka

Wchodzę do mieszkania. Idealnie czysto, pachnie cytrynowym płynem do podłóg, ale w powietrzu unosi się też taka ostra, chemiczna nuta. To ten spray. Podchodzę do blatu w kuchni i widzę je. Malutkie, prawie przezroczyste, rudo-złote punkciki maszerujące w idealnym rządku od listwy przypodłogowej w stronę cukiernicy. Mrówki faraona. Mają może z dwa milimetry, trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby w ogóle je dostrzec.

Kucam, przyglądam się ich autostradzie. Na podłodze, tuż przy listwie, widzę delikatny, biały osad. Resztki proszku, który miał je zatrzymać. Pani Basia patrzy na mnie z nadzieją. Tłumaczę jej to, co teraz powiem wam. Wyobraźcie sobie, że gniazdo tych mrówek to całe królestwo, ukryte gdzieś głęboko w ścianie, pod panelami, w izolacji rur. W środku siedzi sobie królowa matka, a nawet kilka królowych, bo faraonki to cwaniary, i składają jajeczka. Robotnice przynoszą im jedzenie.

I teraz wjeżdża Pani Basia z aerozolem. Psik! Chmura chemii zabija te robotnice na blacie. Ale co się dzieje w gnieździe? Do królowej dociera sygnał alarmowy! Feromony jej umierających poddanych krzyczą: „ATAK! ZAGROŻENIE!”. Jej reakcja nie jest paniką. To czysta, zimna kalkulacja. Królowa matka wydaje rozkaz: „Ewakuacja! Dzielimy się!”. Część kolonii, z jedną z zapasowych królowych, bierze jajeczka i larwy pod pachę i zakłada nową bazę. Jedna za lodówką, druga w puszce elektrycznej, trzecia w futrynie drzwi. Z jednego problemu robią się nagle trzy. To nie jest walka, to jest rozmnażanie przez podział. Walka z wiatrakami. A właściwie to dolewanie oliwy do ognia.

To właśnie jeden z tych klasycznych błędów w zwalczaniu szkodników, które sam pogarszasz sprawę. Myślisz, że działasz, a tak naprawdę pomagasz im się rozprzestrzenić.

Inny przeciwnik, inna broń. Czarne kontra rude.

„To co ja mam robić?” – pyta Pani Basia. I tu dochodzimy do sedna. Trzeba wiedzieć, z kim się walczy. Bo inaczej to jak iść na komary z pułapką na myszy. Te małe, rude diablice to zupełnie inna bajka niż te czarne, które latem wchodzą nam przez taras.

Oto dwie różne historie:

  • Mrówki faraona (te rude): To zawodowi włamywacze i lokatorzy. One nie przychodzą w gości, one się do nas wprowadzają na stałe. Kochają ciepło i wilgoć. Gniazda zakładają w najdziwniejszych miejscach – wewnątrz ścian, za kafelkami w łazience, w starych sprzętach AGD. Są maleńkie, więc przeciśną się wszędzie. Ich nie da się wytruć opryskiem, bo nigdy nie dotrzesz do wszystkich gniazd. Zabijesz setkę, a królowa w ścianie wyprodukuje tysiąc nowych.
  • Mrówki ogrodowe (najczęściej czarne hurtnice): To są zwiadowcy i zbieracze. Ich dom, ich mrowisko, jest na zewnątrz – pod kostką brukową, w trawniku, przy fundamencie. Do domu wchodzą tylko po jedzenie. Zostawiłeś na blacie rozsypany cukier? Zaraz pojawi się jedna, potem dziesięć, a potem cała autostrada. One są jak goście, którzy wynoszą jedzenie z imprezy. Uciążliwe, ale ich baza jest na dworze.

Widzicie różnicę? Zwalczanie zależy od tego, z którą grupą mamy do czynienia. Traktowanie ich tak samo to proszenie się o kłopoty. Bo jak już zauważyłeś szkodnika, zwalczanie zacznij od właściwych kroków – czyli od rozpoznania wroga.

Jak koń trojański, czyli moja metoda na faraonki

Wracając do Pani Basi. Kiedy już wie, że ma w domu faraonki, pokazuję jej, jak wygląda prawdziwa walka. Wyciągam z mojej walizki małą strzykawkę z przezroczystym żelem. To nie jest trucizna kontaktowa. To jest koń trojański.

Kładę jedną, malutką, prawie niewidoczną kropelkę na trasie ich przemarszu. Czekamy. Cisza. Po chwili jedna z mrówek podbiega. Zatrzymuje się, dotyka żelu czułkami. Chwila zawahania. W końcu zaczyna jeść. Nie pada trupem. Nic z tych rzeczy. Ona jest zachwycona! Znalazła najlepsze jedzenie na świecie. Łapie porcję i z pełnym brzuszkiem pędzi z powrotem do gniazda. Wpada do kryjówki i karmi tym przysmakiem inne robotnice, larwy i co najważniejsze – królową.

Ten żel działa z opóźnieniem. Mrówki mają czas, żeby zanieść go do samego serca kolonii. Po kilku dniach całe gniazdo, z królową na czele, jest zlikwidowane od środka. Bez jednego psiknięcia, bez smrodu chemii. Problem znika u źródła. Czysta robota.

Ogrodowe? Tu trzeba być detektywem na zewnątrz

A co z tymi czarnymi, z ogrodu? Tu działamy inaczej. Też możemy użyć żelu, ale często kluczem jest praca detektywistyczna na zewnątrz. Zakładam rękawiczki, biorę latarkę i obchodzę dom dookoła. Szukam ich wejścia. Pęknięcie w fundamencie? Szpara przy rurze spustowej? Źle uszczelnione okno w piwnicy? One zawsze znajdą jakąś drogę.

Gdy zlokalizuję gniazdo albo główną trasę, wtedy mogę zadziałać. Czasem to oprysk barierowy na zewnątrz budynku, żeby zniechęcić je do wchodzenia. Czasem to likwidacja gniazda bezpośrednio. Wielu klientów dzwoni i mówi: „mrówki zawsze wracają! Skuteczne zwalczanie zakończy ich marsz”, a ja im odpowiadam, że wracają, bo nikt nie zadał sobie trudu, żeby znaleźć ich drzwi wejściowe. Zaleczenie tematu to nie rozwiązanie. Trzeba odciąć źródło.

Po tygodniu dzwoni Pani Basia. Słyszę w jej głosie ten luz, tę ulgę. „Panie Danielu, nie ma ani jednej. Koniec. Po prostu zniknęły. Wreszcie mogę zostawić ciasto na blacie, żeby ostygło i nie bać się, co zastanę rano. Święty spokój!”. Uwielbiam te telefony. Ta energia, kiedy problem, który komuś spędzał sen z powiek, po prostu znika. To jest lepsze niż poranna kawa.

Więc jeśli widzisz u siebie w domu w Gdańsku, Gdyni czy gdzieś w promieniu 50 km maszerujące mrówki, zatrzymaj się na chwilę. Zanim sięgniesz po pierwszy lepszy spray, zrób im zdjęcie z bliska. Zadzwoń do mnie, opowiedz, co widzisz. Czasem krótka rozmowa i jedno zdjęcie wystarczą, żebym wiedział, z kim mamy do czynienia i jak wygrać tę wojnę. Pogadamy, doradzę i razem odzyskamy Twój dom.

Przewijanie do góry