Poprawny protokół zabiegowy? Z klientem ustalamy jasny plan!

Obrazek tytułowy

Poprawny protokół zabiegowy? Z klientem ustalamy jasny plan!

Pamiętam telefon od pani Izy z Pruszcza Gdańskiego. Głos w słuchawce był cichy, jakby bała się, że „one” usłyszą. Mówiła o prusakach w kuchni, o tym, że wstydzi się zaprosić znajomych, że co noc zapala światło z duszą na ramieniu. Opowiadała, jak mąż kupił jakieś spraye w markecie, ale to była walka z wiatrakami. Wypsikali całą puszkę, smród chemii unosił się w powietrznym, aż drapało w gardle, a następnego dnia wieczorem znowu widziała ten szybki, brązowy ruch przy listwie podłogowej. Czułem przez telefon jej zmęczenie. To nie była już irytacja, to była rezygnacja.

Kiedy przyjechałem, w kuchni stała zaparzona kawa, nietknięta. Pani Iza nerwowo przecierała blat, chociaż był już idealnie czysty. „Bo wie pan, ja sprzątam, naprawdę…”. Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że wiem. Bo to nie jest kwestia sprzątania. To jest kwestia biologii i sprytu tych małych drani. I wtedy często pada to pytanie: „To co, pan teraz spisze jakiś protokół?”. Ludzie słyszą „protokół zabiegowy” i wyobrażają sobie urzędnika z teczką, który odhacza punkty w tabelce. A ja zawsze odpowiadam tak samo: protokół to nie jest kartka papieru. Protokół to jest nasza rozmowa. To jest plan, który budujemy razem, tutaj, w tej kuchni.

To nie jest przesłuchanie, to jest wywiad

Mój „protokół” zaczyna się od pytań. Ale nie takich jak z ankiety. Ja muszę zrozumieć rytm tego domu. Gdzie śpi pies? Czy dzieciaki lubią jeść chrupki na dywanie w salonie? Czy pani ma alergię na cokolwiek? Kiedy pierwszy raz zauważyła pani problem? Tylko w nocy, czy w dzień też? A może tylko po powrocie z wakacji? Każda z tych odpowiedzi to kawałek układanki. To jak praca detektywa. Ja nie walczę z jednym prusakiem, którego pani zobaczyła. Ja szukam jego gniazda, jego autostrady i jego stołówki.

U pani Izy w Pruszczu uklęknąłem przy lodówce. Włączyłem czołówkę, taką mocną, której światło tnie ciemność jak nóż. Przesunąłem palcem po podłodze tuż za agregatem. Na opuszku został mi drobny, czarny pyłek, jak zmielony pieprz. Pokazałem jej. „To są ich odchody. Tutaj mają ciepło i bezpiecznie. A tędy, o, tą szparą przy rurze, wędrują do sąsiadów na kawę”. W tym momencie mina pani Izy się zmieniła. Z rezygnacji w zrozumienie. Zobaczyła wroga, jego kryjówkę. Przestała walczyć z duchami, a zaczęła widzieć konkretny problem do rozwiązania. To jest właśnie ten moment, który daje mi kopa w tej pracy. Kiedy widzę, że strach zamienia się w determinację.

Fuszerka, czyli „pryśniem wszędzie i jakoś to będzie”

Niestety, często trafiam na miejsca, gdzie ktoś już był. I narobił bałaganu. Parę miesięcy temu wezwano mnie do mieszkania w Sopocie, w starej kamienicy. Piękny lokal, wysokie sufity, aż czuć historię. Ale i problem – rybiki. Właścicielka mówiła, że była już firma. Dwóch panów wpadło na 15 minut, popryskali po kątach i powiedzieli, że „za tydzień będzie spokój”. Nie było. Było gorzej.

Zaglądam do łazienki, a tam przy kratce wentylacyjnej aż czarno od śladów. Wilgoć skraplała się na kafelkach. Okazało się, że cała kolonia siedziała w pionie wentylacyjnym. Tamci technicy zaleczyli temat, spryskali to, co wyszło na zewnątrz. A źródło zostało nietknięte. To jak leczenie złamanej nogi tabletką przeciwbólową. Na chwilę pomoże, ale problem wróci ze zdwojoną siłą. Bo ukryte szkodniki w wentylacji to częsta przyczyna nawrotów i bez znalezienia źródła, to tylko strata pieniędzy i nerwów. Tam trzeba było zadziałać inaczej – potraktować cały pion, a potem uszczelnić kratkę. To wymagało więcej czasu i pomyślunku, a nie tylko machania lancą opryskiwacza.

Nasz wspólny plan na święty spokój

Kiedy już wiem, z czym mam do czynienia i znam zwyczaje domowników, siadamy i gadamy. To jest ten właściwy moment tworzenia „protokołu”. Mówię wprost:

  • „Dobrze, mamy prusaki, gniazdo jest za lodówką, ale przechodzą też szachtem wentylacyjnym. Proponuję zrobić tak: dzisiaj zastosujemy metodę żelową w kuchni. Jest bezpieczna dla pani kota, nie trzeba wychodzić z domu, nic nie pachnie. Żel działa jak trutka-przynęta. Jeden prusak zje, wróci do gniazda i zarazi resztę.”
  • „Za dwa tygodnie wrócę. Sprawdzimy, jak sytuacja. Zrobimy wtedy delikatny oprysk w łazience przy kratce, ale poproszę, żeby przez trzy godziny nikt nie wchodził do pomieszczenia. Zabezpieczymy też tę szparę przy rurze, żeby odciąć im drogę ucieczki.”
  • „Pani zadaniem będzie przez ten czas pilnowanie, żeby nie zostawiać jedzenia na wierzchu i regularnie wyrzucać śmieci. To odetnie im łatwe źródło pożywienia.”

Widzicie? To jest dialog. Plan, w którym każdy ma swoją rolę. Ja przynoszę wiedzę i sprzęt, a klient – znajomość swojego domu i chęć współpracy. Nie ma niedomówień. Wszystko jest jasne: co robię, dlaczego to robię i czego można się spodziewać. Pewność i spokój? Twój protokół zabiegowy to nasz wspólny plan. Bo tylko wtedy to ma sens. Kiedy klient nie jest petentem, a partnerem w odzyskiwaniu swojego domu.

Czasem ktoś pyta, czy te wszystkie spraye ze sklepu to zło. Nie, nie zawsze. Ale trzeba wiedzieć, jak ich użyć. Ludzie często kupują cokolwiek, bo na etykiecie jest narysowany karaluch. A potem okazuje się, że środek działa tylko na dorosłe osobniki, a jaja w gnieździe mają się świetnie. Po dwóch tygodniach wylęga się nowe pokolenie, często już odporne na tę substancję. I koło się zamyka. Dlatego właśnie tak ważne jest, żeby zrozumieć cykl życia szkodnika i uderzyć w niego w odpowiednim momencie, odpowiednią metodą. Bo samodzielne metody na nic? Skuteczne zwalczanie szkodników to my! I nie mówię tego, żeby się chwalić, tylko żeby oszczędzić wam czasu i frustracji.

Jeżdżę po całym Trójmieście i okolicach – od Tczewa, przez Kartuzy, po Wejherowo. W każdym domu jest inna historia, inny problem. Ale jedno jest wspólne – ludzie chcą po prostu normalnie żyć. Chcą wejść w nocy do kuchni po szklankę wody i nie wstrzymywać oddechu. Chcą, żeby ich dom był ich twierdzą, a nie polem bitwy. I moja praca polega na tym, żeby im tę twierdzę zwrócić.

A wiecie, co jest najlepsze? Kiedy wracam na kontrolę i pani Iza otwiera mi drzwi z uśmiechem od ucha do ucha. Kiedy mówi, że od tygodnia nic nie widziała i wreszcie śpi spokojnie. Kiedy w kuchni pachnie ciastem, a nie strachem. Wtedy czuję, że to, co robię, ma cholernie duży sens.

Więc jeśli macie problem i czujecie się bezradni, nie szukajcie magicznych rozwiązań w internecie. Po prostu zadzwońcie. Pogadamy. Ja przyjadę, obejrzę, posłucham. I razem ustalimy plan. Bez żadnych sztywnych protokołów, za to z realną szansą na odzyskanie spokoju. Co wy na to?

Przewijanie do góry