Niech zwalczanie szkodników da Ci spokojne Święta i Nowy Rok.

Obrazek tytułowy

Pamiętam jak dziś. Koniec listopada, już ten taki świąteczny klimat czuć w powietrzu, wiecie o co chodzi. Jestem u klienta w Pruszczu Gdańskim, w takim ładnym, nowym domku. Pani domu, przemiła kobieta, już zaczęła piec pierniki. Ten zapach cynamonu i goździków unosił się wszędzie. Cudownie. No i właśnie w tej całej sielance, sięgając po mąkę do szafki, zauważyła… coś. Małą, przegryzioną dziurkę w rogu papierowej torby. A obok, na półce, kilka drobnych, czarnych punkcików. Jak ziarenka maku.

Jej mina w tamtej sekundzie. To było coś pomiędzy niedowierzaniem a lekką paniką. Ta chwila, kiedy świąteczna magia pęka jak bańka mydlana, a w jej miejsce wchodzi to jedno, paskudne pytanie: „Czy my mamy myszy?”. No i mieli. Ten moment to jest właśnie to, po co ja jestem. Żeby ten grymas na twarzy zamienić z powrotem w uśmiech.

Dlaczego akurat teraz? Bo robi się zimno i pachnie jedzeniem!

Ludzie często myślą, że szkodniki to problem letni. Muchy, komary, osy. A prawda jest taka, że jesień i zima to dla mnie gorący okres. Szczególnie ten czas przedświąteczny. Całe to dziadostwo, które do tej pory hasało sobie po polach w okolicach Banina czy po działkach w Tczewie, nagle zaczyna szukać ciepłego kąta. A gdzie jest cieplej i przyjemniej niż w naszych domach?

Widzicie, dla gryzoni sprawa jest prosta. Na dworze minus, wiatr hula, jedzenia coraz mniej. A u Was? Ciepła rura od kaloryfera za szafką w kuchni, zapach pieczeni, rozsypane okruszki pod stołem. To jak zaproszenie do pięciogwiazdkowego hotelu. One nie są złośliwe. One po prostu chcą przetrwać. Włażą najmniejszą szparą pod drzwiami od piwnicy, dziurą w elewacji, o której nie macie pojęcia, albo wentylacją. I nagle w nocy, kiedy w domu jest już cicho, zaczyna się to charakterystyczne chrobotanie. Ten dźwięk potrafi człowieka doprowadzić do szału. I właśnie wtedy najczęściej odbieram telefony. Kiedy koniec z nocnym drapaniem staje się priorytetem, bo nikt nie chce spędzać nocy, nasłuchując, co tam biega w ścianach.

A owady? To samo. Prusaki i karaluchy kochają ciepło i wilgoć. Okres grzewczy to dla nich raj. A resztki z przygotowań do świąt? Prawdziwa uczta. Pamiętam interwencję w Gdyni, w jednym z wieżowców na Wiczlinie. Problem był u jednego sąsiada, ale zanim się obejrzał, cała kolumna szła po rurach do sąsiadów. To nie jest tak, że jak macie czysto, to jesteście bezpieczni. Czasem wystarczy jeden sąsiad, który trochę odpuścił i macie problem na całym pionie.

Świąteczny gość, którego nikt nie zapraszał

Wyobraźcie to sobie. Wigilia. Rodzina przy stole, leci „Kevin sam w domu”. Podajecie sernik, a tu nagle spod lodówki wybiega zwinny, brązowy prusak i robi rundkę honorową po świeżo umytej podłodze. Koniec. Atmosfera siada, ciocia łapie się za serce, a Wam jest po prostu głupio. Wiem, brzmi jak scena z komedii, ale to się naprawdę zdarza. Albo te historie, kiedy ktoś wyciąga ze strychu pudło z bombkami, a razem z nimi wychodzą mole spożywcze, które miały tam gniazdo w starym worku z orzechami.

To są momenty, które psują cały ten wyjątkowy czas. Zamiast cieszyć się wolnym, człowiek zaczyna walkę z wiatrakami. Kupuje jakieś spraye w markecie, jakieś pułapki. To często jest tylko zaleczenie tematu, a nie jego rozwiązanie. Problem siedzi głębiej – w gniazdach, w szczelinach, w miejscach, do których taki sklepowy środek nie dotrze. To jest właśnie ten moment, kiedy domowe metody zawodzą, a potrzebny jest ktoś, kto wie, gdzie szukać i czym uderzyć, żeby był spokój.

Moja praca to nie jest tylko rozstawienie trutki czy popsikanie chemią. To jest trochę jak praca detektywa. Kiedy wchodzę do mieszkania czy domu, na przykład w Sopocie czy w Kartuzach, ja nie patrzę na meble. Ja patrzę na listwy przypodłogowe, na przejścia rur, na kratki wentylacyjne. Szukam tych ich „autostrad”. Muszę zrozumieć, skąd przychodzą i którędy. Czasem to mała szpara pod parapetem, czasem nieszczelność przy rurze kanalizacyjnej. To trzeba znaleźć i uszczelnić. Potem dopiero wchodzi właściwa robota. Wtedy wiem, że nie tylko usuwam tych, co już weszli, ale odcinam drogę następnym. To jest właśnie to, co odróżnia profesjonalne działanie od fuszerki.

Co możesz zrobić, żeby pomóc sobie przed Świętami?

Nie zostawię Was bez kilku prostych rad, bo ja lubię, jak ludzie mają świadomość. To nie czarna magia. Zanim zadzwonicie, możecie sami rzucić okiem na parę rzeczy. To proste, a daje dużo.

  • Przejrzyjcie szafki w kuchni. Wszystkie sypkie produkty – mąki, kasze, cukier – przesypcie do szczelnych pojemników. Słoiki, plastikowe pudełka. Papier to dla szkodników żadna przeszkoda.
  • Wynosicie ozdoby ze strychu albo z piwnicy? Zróbcie to na dworze albo na balkonie. Przejrzyjcie dokładnie kartony. Czy nie ma tam jakichś pajęczyn, śladów, dziwnych zapachów? Lepiej dmuchać na zimne.
  • Jedzenie dla zwierzaków. Nie zostawiajcie pełnej miski na całą noc. To stołówka nie tylko dla waszego psa czy kota. Zapach karmy czuć z daleka.
  • Uporządkujcie piwnicę. Stare gazety, kartony leżące bezpośrednio na podłodze to idealne kryjówki dla myszy. Postawcie rzeczy na regałach, dajcie im trochę „oddechu” od ścian.

To są drobiazgi, ale naprawdę robią różnicę. Działają jak pierwsza linia obrony. A jak mimo to coś się pojawi, to wtedy wkraczam ja. Bez paniki, bez nerwów. Po prostu trzeba działać.

Bo wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Ten telefon, który dostaję tydzień, dwa po zabiegu. Kiedy dzwoni ta pani z Pruszcza i mówi: „Panie Danielu, dziękuję. Jest cisza. Wreszcie mam spokój i mogę spokojnie piec dalej”. Ten moment, kiedy słyszę w głosie ulgę. To daje mi niesamowitą energię. Wiem, że dzięki mojej pracy jakaś rodzina będzie miała po prostu spokojne, normalne Święta. Bez nieproszonych, sześcionogich albo futrzastych gości. I o to w tym wszystkim chodzi. Bo męczące szkodniki to problem, który da się zakończyć i odzyskać ten upragniony, domowy spokój.

Więc jak coś zauważycie, jakiś niepokojący ślad, szmer czy zapach, nie czekajcie, aż problem urośnie. Lepiej zadzwonić i pogadać, niż potem w Wigilię patrzeć, jak coś małego i zwinnego podkrada opłatek. Dajcie znać, jestem w okolicy.

Daniel, Wasz technik z Trójmiasta i okolic.

Przewijanie do góry