
„Daniel, słucham!” – odbieram telefon, a w tle słyszę szum samochodów gdzieś na Przymorzu. Zawsze tak odbieram, bo lubię, żeby od razu było wiadomo, z kim się rozmawia. Po drugiej stronie cisza, a potem szybki, nerwowy szept.
„Panie Danielu, ratunku! Mam w łazience… ja nie wiem, co to jest. Potwór. Taki z milionem nóg. Przemknął po ścianie tak, że ledwo to zobaczyłam. Jak pędzący pociąg, tylko taki… owadzi. Siedzę zamknięta w pokoju, boję się wyjść.”
Uśmiecham się pod nosem. To jeden z tych telefonów, które dostaję regularnie, zwłaszcza jesienią i wiosną. Od razu wiem, o co chodzi. Energia mnie rozpiera, bo to jedna z tych sytuacji, gdzie mogę nie tylko pomóc, ale i czegoś nauczyć. Jadę na miejsce, do mieszkania w starym budownictwie we Wrzeszczu. Piękne, wysokie sufity, skrzypiąca podłoga. Idealne warunki.
Pani Ania, która dzwoniła, wskazuje mi drzwi do łazienki, jakby za nimi czaił się co najmniej tygrys. Wchodzę. Zapalam światło, rozglądam się. Cisza. Patrzę za pralkę, pod szafkę. Nic. Czekam chwilę w bezruchu. I nagle jest. Mignięcie. Beżowo-żółty cień z frędzlami nóg, który wystrzelił spod wanny i zniknął za rurą od kaloryfera. Prędkość? Taka, że ludzkie oko ledwo nadąża. Rejestrujesz ruch i już go nie ma.
„To to!” – krzyczy pani Ania z korytarza. „Widział pan?! Okropieństwo!”
A ja na to z uśmiechem: „Pani Aniu, spokojnie. Właśnie zobaczyła pani swojego największego sprzymierzeńca w walce ze szkodnikami. To jest przetarcznik wielonóżka, potocznie zwany stonogą domową.”
Drapieżnik, jakiego potrzebujesz, ale na jakiego nie zasługujesz
Wiem, wygląd ma… specyficzny. Długie, segmentowane ciało, a z każdej strony wystają cieniutkie jak igiełki odnóża. Do tego te długie czułki z przodu i z tyłu. Wygląda jak coś, co uciekło z filmu science fiction. Kiedy rusza, te wszystkie nogi falują w idealnej synchronizacji. To nie jest powolne człapanie karalucha. To jest sprint. Ten gość potrafi biec z prędkością prawie pół metra na sekundę. Wyobraź sobie, że jesteś małym owadem, a tu nagle nadlatuje taki ekspres.
I tu dochodzimy do sedna. Przetarcznik to drapieżnik. Bezwzględny, szybki i cholernie skuteczny. Nie interesują go Twoje zapasy w kuchni, nie zjada Twoich ubrań, nie gryzie drewna ani nie pije Twojej krwi. On ma tylko jedno w głowie: polowanie. A jego menu to prawdziwa lista wrogów publicznych każdego mieszkania.
Co jest na tej liście? Proszę bardzo:
- Rybiki cukrowe – te małe, srebrne robaczki, które uwielbiają wilgoć i podjadają klej z książek, tapet czy nawet Twoje zdjęcia. Jeśli rybiki opanowały Twój dom, to przetarcznik jest dla nich jak tyranozaur.
- Pająki – tak, te też. Zagoni takiego w kąt i po sprawie.
- Mrówki – pojedyncze sztuki, które zapuściły się na zwiady, nie mają szans.
- Larwy moli – zarówno tych ubraniowych, jak i spożywczych.
- Nawet małe karaluchy czy prusaki, które dopiero co wylęgły się z jaj. To dla niego przekąska. Zastanawiasz się, czy masz w domu karaluchy czy prusaki? Zobacz, kto naprawdę rządzi w Twojej kuchni! Przetarcznik już to wie i działa.
- Pluskwy – choć to rzadsze, bo pluskwy chowają się w łóżkach, a przetarcznik woli wilgotne rewiry, to jeśli się spotkają, pluskwa nie ma szans.
Przetarcznik ma nawet specjalne, zmodyfikowane odnóża tuż przy otworze gębowym, które działają jak szczypce z jadem. Paraliżuje ofiarę i zjada ją w spokoju. To nie jest jakaś amatorszczyzna, to profesjonalna robota. Prawdziwy terminator.
Stonoga jako papierek lakmusowy Twojego mieszkania
Teraz najważniejsze. To, że widzisz przetarcznika, to nie jest problem. To jest informacja. Pomyśl o nim jak o lampce kontrolnej w samochodzie. Nie denerwujesz się na lampkę, że się świeci. Zastanawiasz się, co ona sygnalizuje. A przetarcznik sygnalizuje jedno: „Hej, stary, masz tu niezłą stołówkę!”.
On nie pojawił się u Ciebie znikąd. Nie przyszedł na wycieczkę krajoznawczą. Przyszedł, bo znalazł jedzenie. Jeśli widzisz go regularnie, to znaczy, że gdzieś w Twoim mieszkaniu – w łazience, piwnicy, za szafkami w kuchni – toczy się życie. Życie innych, prawdziwych szkodników.
Zabicie go to trochę jak strzelanie do posłańca, który przynosi złą wiadomość. Albo jak wyłączenie czujnika dymu, gdy zaczyna się palić. Pozbywasz się objawu, ale przyczyna zostaje i narasta. Moja praca często polega właśnie na takim dochodzeniu. Klient dzwoni z powodu jednego „robaka”, a ja, zadając pytania i rozglądając się po mieszkaniu, odkrywam, że prawdziwy problem leży gdzie indziej. To jest właśnie to, co daje mi energię – rozwiązywanie zagadek.
Pani Ani z Wrzeszcza wytłumaczyłem to wszystko. Poprosiłem, żeby pokazała mi miejsca z rurami, jakieś wilgotne zakamarki. Za pralką, na fugach, znalazłem delikatny, srebrzysty pyłek. Odchody rybików. Pod zlewem w kuchni, w szafce, która lekko pachniała stęchlizną, znalazłem kilka pustych kokonów po molach spożywczych. Przetarcznik miał co jeść. Miał powód, żeby tam być.
Zamiast polować na przetarcznika, zrobiliśmy porządek z rybikami. Uszczelniliśmy kilka miejsc, osuszyliśmy szafkę i pani Ania zrozumiała, że nie każdy intruz to wróg, a czasem ten najstraszniejszy jest naszym cichym obrońcą.
Co robić, gdy go spotkasz?
Po pierwsze, nie panikuj. Wiem, łatwo mówić. Ale weź głęboki oddech. On naprawdę nie chce mieć z Tobą nic do czynienia. Jest nocnym łowcą, płochliwym i unika światła i ludzi jak ognia. Jeśli go widzisz, to znaczy, że pewnie go zaskoczyłeś, zapalając nagle światło w łazience o 2 w nocy.
Po drugie, nie zabijaj go kapciem. Jeśli już absolutnie nie możesz znieść jego widoku, weź słoik i kartkę papieru. Przykryj go delikatnie słoikiem, wsuń pod spód kartkę i wynieś na zewnątrz. Wypuść go gdzieś w pobliżu piwnicy, komórki albo przy jakiejś wilgotnej ścianie budynku. On sobie poradzi. Znajdzie nowe terytorium łowieckie.
Ale po trzecie, i najważniejsze: zastanów się. Skoro on tu jest, to co go tu trzyma? Rozejrzyj się. Sprawdź, czy nie masz problemu z wilgocią. Przejrzyj szafki z sypkimi produktami. Zajrzyj za listwy przypodłogowe. Potraktuj to spotkanie jako darmowy audyt. Przetarcznik właśnie powiedział Ci, że warto dokładniej przyjrzeć się swojemu mieszkaniu.
Więc następnym razem, jak coś takiego przemknie Ci po ścianie… odetchnij. Uśmiechnij się nawet. Twój prywatny, darmowy oddział do walki ze szkodnikami właśnie zrobił obchód. A jeśli ten widok da Ci do myślenia, co jeszcze może kryć się w Twoich kątach – wiesz, gdzie mnie szukać. Czasem dobra rozmowa to pierwszy krok do odzyskania świętego spokoju. Działam w Gdańsku, Gdyni, Sopocie i okolicach. Zadzwoń, pogadamy.

