
Cześć, tu Daniel. Wpadam prosto z terenu, jeszcze czuję w nozdrzach zapach chemii, ale tej dobrej, co daje ludziom spokój. Dzisiaj byłem we Wrzeszczu, u takiej młodej dziewczyny. Zadzwoniła wczoraj, głos miała taki… no wiecie, jakby świat się jej zawalił. Mówiła coś o molach, o zniszczonym swetrze. Standard, pomyślałem. Ale jak przyjechałem, to historia okazała się trochę inna.
Wchodzę, a ona od razu prowadzi mnie do sypialni. Na łóżku leży rozłożony, piękny, wełniany sweter. Taki gruby, kremowy, z warkoczowym splotem. Ręczna robota, od razu widać. Pamiątka po babci, mówi. I pokazuje mi palcem. Podchodzę bliżej. To nie jest jedna, wielka dziura, jak po molach. To są takie malutkie, precyzyjne otworki. Jakby ktoś igłą nakłuwał materiał. A potem przesuwa palcem po kołnierzu. I jest. Malutki, czarny, owalny chrząszczyk z dwiema niewyraźnymi kropkami na pancerzyku. Siedzi sobie jak gdyby nigdy nic. Spokojnie. To nie mol, mówię. To szubak dwukropek.
Mina jej zrzedła. „Szubak? Co to w ogóle jest?”. No właśnie. Wszyscy znają mole, bo latają, widać je. A szubak to taki cichy zawodnik. Dorosły jest w sumie nieszkodliwy, żywi się pyłkiem kwiatów, nektarem. Czasem wleci przez okno i tyle. Prawdziwym gangsterem jest jego dziecko. Larwa.
Ten mały, włochaty kosmita spod Twojej szafy
Widzieliście kiedyś larwę szubaka? Wygląda jak miniaturowy, włochaty kosmita. Takie małe, pręgowane cygaro, całe pokryte sztywnymi włoskami. Jak ją dotkniesz, to zwija się w kulkę. Ludzie często znajdują je przy listwach przypodłogowych, w rogach pokoju, tam gdzie zbiera się kurz, i myślą, że to jakiś śmieć. A to jest właśnie mały niszczyciel w trakcie swojej wędrówki.
I tu jest cały pies pogrzebany. Larwa szubaka to prawdziwy smakosz keratyny. A keratyna to białko, z którego zbudowane są włosy, pióra, paznokcie, wełna, jedwab, skóry. Wasz ulubiony kaszmirowy szalik? Dla niej to pięciodaniowy obiad. Dywan z naturalnego włosia? Szwedzki stół. Pamiątkowe pióro z piórkiem po dziadku? Deser.
Ta klientka z Wrzeszcza miała w szafie idealne warunki. Ciemno, spokojnie, a obok tego babcinego swetra wisiał jeszcze stary, filcowy kapelusz. Larwy miały tam raj na ziemi. A najgorsze jest to, że one nie działają głośno. Nie fruwają, nie rzucają się w oczy. Po prostu siedzą sobie w fałdach materiału i powolutku, niteczka po niteczce, robią swoje. A ty odkrywasz problem dopiero wtedy, gdy wyciągasz ubranie na jesień i widzisz, że wygląda jak sito.
Kurz, pajęczyny i inne przysmaki
Zawsze powtarzam klientom: szubak to nie jest znak, że macie brudno w domu. Oczywiście, bałagan pomaga, ale to nie jest główna przyczyna. Wystarczy, że w kącie za szafą zbierze się trochę kurzu. A co jest w kurzu? Nasze włosy, sierść psa czy kota, martwy naskórek. Czysta keratyna. One potrafią przeżyć i rozwinąć cały cykl życiowy na tym, co zamiatamy pod dywan. Serio.
Kiedyś byłem na zleceniu w starym budownictwie w Sopocie. Ogromne mieszkanie, wysokie sufity. Problem ten sam – podziurawione dywany. Klientka zarzekała się, że sprząta regularnie. Wierzę jej. Ale wziąłem latarkę, położyłem się na podłodze i poświeciłem pod stary, ciężki kredens. A tam? Cała kolonia. Wylinek po larwach było tyle, że wyglądało to jak cmentarzysko. Takie puste, przeźroczyste pancerzyki. One tam miały swoje królestwo, a nikt od lat tam nie zaglądał. Ludzie często mnie pytają, czy czystość gwarantuje spokój, a ja wtedy opowiadam tę historię. Czystość pomaga, ale nie daje stuprocentowej pewności, bo te małe bestie znajdą sobie każdą szczelinę.
Gdzie jeszcze lubią siedzieć?
- Pod dywanami, zwłaszcza przy krawędziach.
- W szafach, szczególnie w tych rzadko otwieranych, z sezonowymi ubraniami.
- W szczelinach parkietu.
- W tapicerowanych meblach.
- Wśród książek, zwłaszcza starych, z klejonymi grzbietami (kleje organiczne to też dla nich rarytas).
- Nawet w karmie dla zwierząt potrafią się zalęgnąć, jeśli ma w sobie jakieś składniki pochodzenia zwierzęcego.
Walka z wiatrakami, czyli dlaczego lawenda nie działa
No dobrze, Daniel, to co z tym zrobić? – spytała dziewczyna z Wrzeszcza. – Mam tu woreczki z lawendą, kulki na mole…
Uśmiechnąłem się tylko. To jest klasyka. Każdy próbuje najpierw na własną rękę. I wiecie co? To jest zaleczanie tematu, a nie rozwiązywanie problemu. Te wszystkie zapachy może i odstraszą jednego dorosłego chrząszcza, który akurat wleci przez okno. Ale na larwy, które już siedzą głęboko w dywanie? Nie ma szans. To jest dla nich jak perfumowanie stołówki. Jedzenie dalej jest, tylko trochę inaczej pachnie.
Kupowanie sprayów w markecie to też często fuszerka. Psikniecie powierzchownie, zabijecie te larwy, które akurat były na wierzchu. A te schowane w szczelinie pod listwą? Przeczekają. Za miesiąc znowu będziecie mieli problem. To jest frustrujące, wiem. Widziałem setki ludzi, którzy wydali kupę kasy na sklepowe środki. Dlatego zawsze mówię, że domowe sposoby nie dają rady? Skuteczne zwalczanie szkodników wygrywa! i oszczędza nerwy na dłuższą metę.
Jak ja to robię? Mgła, która dociera wszędzie
U tej klientki zrobiliśmy tak: najpierw porządne przygotowanie. Poprosiłem ją, żeby wyjęła wszystko z szafy. Ubrania wełniane, jedwabne – do szczelnych worków i do prania w 60 stopniach (o ile metka pozwala) albo do zamrażarki na kilka dni. Mrozik też je załatwi. Szafę w środku dokładnie odkurzyliśmy.
Potem wjechałem ja ze swoim sprzętem. W przypadku szubaka najlepiej sprawdza się zamgławianie ULV. To nie jest zwykły oprysk. Maszyna wytwarza zimną mgłę, takie mikroskopijne kropelki preparatu, które unoszą się w powietrzu i powoli osiadają na każdej powierzchni. Ta mgiełka wnika wszędzie – w każdą szparę w podłodze, za listwy, pod meble, w głąb dywanu. Tam, gdzie zwykły spryskiwacz nie dotrze. Nie ma ucieczki. Dla kogoś, kto jest już zmęczony walką z robactwem, zamgławianie ULV wreszcie da spokój, bo to jest działanie totalne.
Po zabiegu trzeba wyjść z mieszkania na kilka godzin, dobrze je przewietrzyć. Ale efekt jest. Substancja czynna zostaje na powierzchniach i działa jeszcze przez jakiś czas, więc nawet jeśli jakaś larwa przeoczyła pierwszy atak, to i tak się na to nadzieje.
Kiedy skończyłem, usiedliśmy na chwilę w kuchni. Opowiedziałem jej, co ma robić dalej – regularnie odkurzać, trzepać dywany, sezonowe ciuchy trzymać w pokrowcach. Patrzyła na ten swój sweter. Dziurki zostały, wiadomo, tego nie cofnę. Ale zobaczyłem w jej oczach ulgę. Tę świadomość, że problem jest zażegnany. Że kolejne pamiątki są bezpieczne. I to jest to, co daje mi kopa w tej pracy. Ten moment, kiedy oddaję komuś jego dom. Bez nieproszonych gości.
Więc jeśli znajdziesz u siebie w szafie coś, co wygląda jak mały, włochaty kosmita, albo dziurki w ulubionym płaszczu, to nie panikuj. I nie leć od razu po lawendę. Zadzwoń, pogadamy. Czasem wystarczy jedna rozmowa, żebym Ci powiedział, co i jak. Lepiej od razu zrobić to porządnie i mieć święty spokój.

