Dezynfekcja, dezynsekcja, deratyzacja – poznaj prawdziwą różnicę!

Obrazek tytułowy

„Panie Danielu, dzień dobry! Potrzebuję dezynsekcji. Mam myszy w piwnicy.”

Uśmiecham się pod nosem, opierając o framugę drzwi. To jeden z moich ulubionych telefonów. Nie dlatego, że cieszę się z czyjegoś problemu, broń Boże! Uwielbiam go, bo w jednym zdaniu mam całą esencję tego, czym się zajmuję – pomaganiem ludziom odzyskać spokój, nawet jeśli na starcie trochę mylą pojęcia. I to jest totalnie OK. Od tego jestem, żeby to wszystko poukładać.

Wsiadam do busa, wrzucam torbę na siedzenie pasażera i ruszam w stronę Rumi. Poranek, słońce powoli przebija się przez chmury nad estakadą. Energia mnie nosi, bo wiem, że za godzinę u kogoś zniknie ten ciężar z ramion. Ten ciągły niepokój, że coś szeleści, gdy gaśnie światło.

Widzicie, ludzie często wrzucają te trzy słowa – dezynsekcja, deratyzacja, dezynfekcja – do jednego worka. A to są trzy kompletnie różne światy. Trzy różne bitwy i trzech różnych przeciwników. I nie, to nie jest to samo.

Dezynsekcja – czyli kiedy coś ma za dużo nóg i łazi po ścianach

Pamiętam akcję na gdańskim Przymorzu. Młode małżeństwo, pierwsze własne mieszkanie, świeżo po remoncie. Błysk, nowa kuchnia, wszystko pachnie farbą. Dzwonią do mnie załamani. „Panie Danielu, coś jest nie tak. W nocy, jak się zapala światło w kuchni, to coś ucieka”.

Wchodzę. Czysto, sterylnie wręcz. Ale ja wiem, gdzie patrzeć. Latarka w dłoń, zaglądam za lodówkę. Cisza. Otwieram szafkę pod zlewem. I jest. Nie sam winowajca, ale jego ślady. Drobne, czarne kropeczki, jak zmielony pieprz, przyklejone do zawiasów. To odchody prusaków. One nie potrzebują brudu, wystarczy im odrobina wilgoci i ciepło silnika lodówki. To dla nich SPA.

To jest właśnie DEZYNSEKCJA. Walka z owadami. Prusaki, karaluchy, pluskwy, które nie dają spać, mrówki faraona tworzące autostrady na blatach, rybiki cukrowe tańczące w łazience. Każdy z nich to inna historia i inny sposób działania. To nie jest tak, że wpadam z wielką pompą i pryskam wszystko na oślep. To fuszerka.

Przy prusakach często działam finezyjnie. Mała strzykawka ze specjalnym żelem. Kilkanaście kropeczek wielkości główki od szpilki w ich ulubionych miejscach – za zawiasami, w szczelinach, przy ciepłych rurach. One to zjedzą, zaniosą do gniazda i podzielą się z resztą. Efekt domina. Cicho, bez zapachu, a po kilku dniach problem znika. To jest zupełnie inna bajka niż np. zwalczanie pluskiew, gdzie trzeba wytoczyć cięższe działa, jak zamgławianie ULV.

Dezynsekcja to praca detektywa. Musisz poznać zwyczaje wroga, znaleźć jego kryjówki i uderzyć tam, gdzie się tego nie spodziewa. I ta satysfakcja, kiedy dzwoni potem ta sama pani i mówi: „Panie Danielu, w końcu mogę wejść do kuchni w nocy bez strachu!”. To jest to!

Deratyzacja – gra w szachy z futrzastym przeciwnikiem

A teraz wracamy do tych „zdezynsekowanych” myszy w piwnicy. To już zupełnie inna para kaloszy. Tutaj wkraczamy w świat DERATYZACJI. Słowo klucz: gryzonie. Myszy i szczury.

To nie są głupie stworzenia, o nie. Zwłaszcza szczury. One są niesamowicie inteligentne, ostrożne i mają swoje zwyczaje. Walka z nimi to nie jest zwykłe rzucenie trutki w kąt. To strategiczna rozgrywka. Trzeba myśleć jak one.

Byłem kiedyś w starym domu we Wrzeszczu. Piwnica jak z horroru – wilgotna, zapachem stęchlizny, pełna zakamarków. Właścicielka, starsza pani, słyszała w nocy drapanie. Nie w piwnicy. W ścianach. Centralnie za wezgłowiem jej łóżka.

Zszedłem na dół. Cisza. Ale na rurach centralnego ogrzewania widzę je. Ciemne, tłuste smugi. To ślady po sierści szczurów, które regularnie tamtędy wędrują. Mają swoje autostrady. Idąc tym tropem, znalazłem niewielką dziurę w fundamencie, ukrytą za starymi deskami. Wejście do ich królestwa.

Tu nie można działać pochopnie. Jak postawisz karmnik deratyzacyjny w złym miejscu, to go ominą szerokim łukiem. Jak dasz złą przynętę, nawet jej nie tkną. Ja obserwuję. Szukam śladów, odchodów, nadgryzionych rzeczy. Ustawiam stacje dokładnie na ich szlakach migracyjnych. Używam preparatów, które działają z opóźnieniem, żeby nie wzbudzić podejrzeń w stadzie. Szczury są niezwykle wytrzymałe, więc trzeba podejść do tematu z głową, a nie siłą.

Po tygodniu telefon. „Panie Danielu, od dwóch nocy jest cisza. Absolutna cisza”. To jest muzyka dla moich uszu. Ten moment, kiedy człowiek odzyskuje poczucie bezpieczeństwa we własnym domu. To jest właśnie deratyzacja. Przywracanie porządku.

Dezynfekcja – walka z niewidzialnym wrogiem

I na koniec mamy trzeciego zawodnika. Tego, którego nie widać, nie słychać, a potrafi być najgroźniejszy. DEZYNFEKCJA. Tutaj nie walczymy ani z owadami, ani z gryzoniami. Walczymy z mikroorganizmami: bakteriami, wirusami, grzybami, pleśnią.

To jest praca, która często jest zwieńczeniem deratyzacji. Bo co z tego, że pozbyliśmy się szczurów, skoro zostawiły po sobie mocz, odchody i całą masę groźnych patogenów? Trzeba po nich posprzątać. I nie mówię tu o miotle i szufelce. Mówię o chemicznym nokaucie dla wszystkiego, co może zagrażać zdrowiu.

Ale dezynfekcja to też osobne historie. Zalane piwnice po ulewach w Sopocie. Stęchły zapach, który wgryza się w ściany i nie chce odpuścić. To grzyb, który po cichu rozrasta się za szafą. To mieszkanie po zmarłej osobie, które trzeba przywrócić do życia. To odkażanie kurnika czy gołębnika.

Jedna z bardziej zapadających w pamięć akcji – mieszkanie w Gdyni. Starszy pan, zbieracz. Przez lata gromadził wszystko. Kiedy trafił do szpitala, rodzina weszła do środka i… zamarła. Zaduch był tak potężny, że nie dało się oddychać. Stosy gazet, zepsute jedzenie, brud. Po opróżnieniu tego wszystkiego ściany i podłogi wciąż były biologiczną bombą. Wtedy wkraczam ja z moim sprzętem. Ozonator, zamgławiacz, odpowiednie preparaty. Wchodzę w pełnym kombinezonie, masce. Po kilku godzinach pracy powietrze zaczyna się zmieniać. Znika ten ciężki, chorobliwy odór. Pojawia się chemiczna czystość. Kiedy ozonowanie przywróci świeżość, to jest jak reset. Dajesz temu miejscu nowy start.

Dezynfekcja to przywracanie higieny. To dawanie poczucia, że można w danym miejscu oddychać pełną piersią bez obaw.

Tak więc, następnym razem, jak coś was zaniepokoi, nie musicie znać tych wszystkich mądrych słów. Wystarczy, że wiecie, że jest różnica. A najlepiej, jak po prostu zadzwonicie.

Opowiecie mi, co szeleści, co gryzie, co pełza albo co brzydko pachnie. A ja już będę wiedział, którego przeciwnika mamy na ringu.

Masz pytania? Coś Ci nie daje spokoju? Śmiało, dzwoń. Pogadamy. Od tego jestem.

Przewijanie do góry