Czy szerszenie są groźne? Bezpieczne zwalczanie czeka na Ciebie.

Obrazek tytułowy

Telefon dzwoni, jest sobota, koło dziewiątej rano. Odbieram, a w słuchawce słyszę taki zduszony, lekko spanikowany głos: „Panie Danielu, ratuj pan! Mam gniazdo. Wielkie. Brzęczy tak, że w domu słychać”. No i od razu wiem, co jest grane. To ten specyficzny rodzaj strachu w głosie. Taki, który pojawia się, gdy czujesz, że tracisz kontrolę nad własnym domem. Adres? Okolice Żukowa. Idealnie, akurat jestem w trasie po drugiej stronie obwodnicy, będę za pół godziny.

I wiecie co? Ja uwielbiam takie telefony. Nie dlatego, że ktoś ma problem, broń Boże. Ale dlatego, że wiem, że za godzinę ten sam człowiek odetchnie z taką ulgą, że aż miło. To daje kopa. To jest to, co w tej robocie jest najlepsze. Przywracanie ludziom ich świętego spokoju.

„Panie, one są wielkie jak kciuk!” – czyli prawda o strachu

Podjeżdżam pod dom. Piękna działka, zadbany ogród, dziecięca huśtawka. A właściciel, pan Marek, chodzi nerwowo po podjeździe. Od razu widzę, że dzieci zamknięte w domu, okna pozamykane na cztery spusty, mimo że słońce grzeje. Standard. Podchodzimy do ściany szczytowej, a tam pod okapem dachu… no, jest. Gniazdo wielkości dobrej piłki do koszykówki. Szara, papierowa kula, z której wylatuje i do której wlatuje ciągły strumień owadów. Słychać to jednostajne, niskie „bzzzzzz”, które czuć aż w klatce piersiowej.

„I co pan myśli? Groźne to?” – pyta pan Marek, stojąc w bezpiecznej odległości. Zawsze pada to pytanie. Ludzie naczytają się w internecie, że jedno użądlenie zabija, że polują na ludzi, że są agresywne. Czas na małe sprostowanie, które zawsze robię, stojąc właśnie tak, z klientem, patrząc na problem.

Prawda jest taka: szerszeń europejski sam z siebie nie jest jakimś krwiożerczym potworem. Nie szuka zwady. On ma swoją robotę – buduje gniazdo, karmi larwy, poluje na inne owady. Tak, jest drapieżnikiem, potrafi upolować pszczołę w locie, co nie jest miłym widokiem. Ale człowieka ma w zasadzie gdzieś. Do czasu.

Do czasu, aż poczuje się zagrożony. A zagrożeniem dla niego jest wszystko, co zbliża się do gniazda na kilka metrów. Głośne dźwięki kosiarki, wibracje, próba zatkania wlotu pianką montażową (autentyk, widziałem na własne oczy skutki takiej „interwencji”). Wtedy włącza się alarm. Kilka szerszeni-strażników wylatuje na zwiad, a jak uznają, że zagrożenie jest realne… no to zaczyna się bal. A uwierzcie mi, nie chcecie być na tym balu głównym gościem.

Dlaczego nie warto bawić się w bohatera z puszką sprayu?

Pan Marek przyznał, że korciło go, żeby wieczorem, po ciemku, podejść z jakimś środkiem ze sklepu. To kolejny klasyk. Myślenie „a co mi tam, psiknę i po sprawie”. I tu jest pies pogrzebany. Taka próba to nie jest walka z wiatrakami. To jest proszenie się o kłopoty.

Opowiem Wam, jak to wygląda z perspektywy szerszenia:

  • Jesteś sobie w domu, nagle ktoś Ci pryska w twarz jakimś dezodorantem. Co robisz? Uciekasz? Nie, wzywasz resztę rodziny na pomoc!
  • Te sklepowe spraye mają krótki zasięg. Musisz podejść blisko. Zwykle na drabinie. Stoisz chwiejnie, a tu nagle wylatuje na Ciebie kilkadziesiąt wściekłych owadów. Reakcja? Panika. Machanie rękami (co je jeszcze bardziej prowokuje) i próba ucieczki. Z drabiny. Sami sobie dopowiedzcie resztę.
  • Nawet jeśli uda Ci się zabić te, które są na zewnątrz, w środku gniazda siedzi królowa i tysiące larw i poczwarek. To tylko zaleczenie tematu, a nie rozwiązanie go. Za chwilę wylęgną się nowe.

To nie jest miejsce na fuszerkę. Widziałem już spuchnięte twarze, słyszałem historie o ludziach lądujących na SOR-ze. Jad szerszenia jest groźny, szczególnie dla alergików, ale nawet dla zdrowej osoby seria użądleń może być niebezpieczna. I cholernie bolesna. To nie jest ból jak po komarze. To jest jakby ktoś wbijał Ci rozgrzany gwóźdź. Jeśli nadal Cię to nie przekonuje, to znaczy, że po prostu bardzo boisz się szerszeni i strach podpowiada Ci nierozsądne ruchy. To normalne, ale niebezpieczne.

Spokój, precyzja i odpowiedni sprzęt – tak to się robi

Dobra, koniec teorii. Wracamy do pana Marka. Wyjaśniłem mu to wszystko, a on tylko kiwnął głową. „Dobra, panie Danielu, rób pan swoje. Ja idę na kawę”. I to jest najlepsza decyzja, jaką mógł podjąć.

Zakładam kombinezon. Nie jakiś tam malarski, ale specjalny, pszczelarski, z grubego materiału, z kapeluszem z siatką. Czuję się w nim trochę jak astronauta. Biorę lancę – długa tyczka, na końcu której jest dysza. Do tego pompa z odpowiednio dobranym środkiem. To nie jest coś, co kupicie w markecie. To chemia, która działa natychmiastowo, paraliżując układ nerwowy owadów. Działa kontaktowo i gazowo.

Podchodzę spokojnie. Szerszenie latają wokół mnie, niektóre siadają na siatce, ale ja jestem w swojej bańce. Celuję w otwór wlotowy gniazda. To jest ten mikro-moment. Jedna sekunda, która decyduje o wszystkim. Naciskam spust. Gęsta piana pod ciśnieniem wpada prosto do środka. I wtedy dźwięk się zmienia. To jednostajne „bzzzzzz” przechodzi w chaotyczny, wściekły warkot, który po kilku, może kilkunastu sekundach… cichnie. Nagle robi się cicho.

Te, które wracają z łowów do gniazda, lądują na nim i po kontakcie z preparatem też od razu padają. Czekam jeszcze chwilę, upewniając się, że ruch ustał. Akcja trwa może 5 minut. Cała filozofia. Czasem zdarzają się błędy w zwalczaniu szkodników robione przez amatorów, które komplikują sprawę, ale przy czystej sytuacji to naprawdę szybka robota.

Po wszystkim zdejmuję gniazdo. Jest lekkie, kruche, jak z papieru. W środku widać plastry z larwami. Całe miasto w miniaturze. Pakuję je do worka i po problemie.

Pan Marek wychodzi z domu. Patrzy na pustą przestrzeń pod dachem, patrzy na mnie. I ten uśmiech na jego twarzy. Właśnie dla takich chwil to robię. „Nareszcie… Dzieciaki będą mogły wyjść na ogród”. O to w tym wszystkim chodzi. O ten moment, kiedy możesz wreszcie odzyskać swój dom i przestać się bać.

Wsiadam do samochodu, włączam radio i jadę na następne zlecenie. Może Gdańsk, może Pruszcz, może gdzieś pod Tczew. Gdzieś tam czeka kolejna rodzina, która chce po prostu otworzyć okno bez strachu.

Masz podobny problem? Widzisz coś takiego pod dachem, na strychu albo w komórce i czujesz ten niepokój? Daj znać, zadzwoń. Chociażby po to, żeby pogadać i ocenić sytuację. Czasem sama rozmowa wystarczy, żeby uspokoić nerwy.

Przewijanie do góry