Twój technik DDD przeszedł szkolenia? Sprawdź jego odpowiedzialność!

Obrazek tytułowy

Wchodzę do mieszkania na Wrzeszczu. Młode małżeństwo, widać, że ledwo stoją na nogach. W nos uderza mnie ta chemiczna, słodkawa woń taniego sprayu z marketu. Taka, co to bardziej drażni gardło niż robale. Na szafkach kuchennych, przy listwach podłogowych lepiące, żółtawe zacieki. W powietrzu wisi rezygnacja.

„Pan Daniel? Dzwoniliśmy wczoraj. Już nie dajemy rady. Był u nas tydzień temu jeden pan, spryskał wszystko, wziął pieniądze i powiedział, że będzie spokój. A jest gorzej niż było.”

Kiwnąłem głową. Znam ten scenariusz na pamięć. To historia, którą słyszę co najmniej raz w tygodniu, jeżdżąc po Gdańsku, Gdyni czy Rumi. Facet przyjechał, pochodził z opryskiwaczem przez piętnaście minut, wypsikał pół litra czegokolwiek, co miał w butli i zniknął. Fuszerka. Klasyczne zaleczenie tematu, a nie rozwiązanie problemu.

Stawiam swoją skrzynkę na podłodze. Nie muszę nawet długo szukać. Odsuwam lodówkę, a kobieta aż podskakuje. Na tylnej ściance, tam gdzie kratka wentylacyjna oddaje ciepło, kłębi się cała kolonia. Setki małych, ruszających się punkcików. Prusaki. Mają tam ciepło, ciemno i blisko do okruchów, które zawsze gdzieś spadną. Idealne warunki. Poprzedni „fachowiec” nawet tam nie zajrzał. Bo po co? Szybciej jest opryskać naokoło i udawać, że się coś zrobiło.

To co odróżnia fachowca od partacza?

Widzicie, to nie jest tak, że jeden ma lepszy opryskiwacz, a drugi gorszy. Różnica siedzi w głowie. I w papierach. Mnie aż skręca, jak słyszę, że ktoś „robi dezynsekcję po taniości”. To tak, jakby ktoś oferował „operację wyrostka po taniości” w garażu. Przecież my wchodzimy do waszych domów z chemią. Z substancjami biobójczymi. To nie jest woda z cukrem. To musi być człowiek, który wie, co robi.

Pytacie mnie czasem: „Panie Danielu, a skąd pan to wszystko wie?”. Ano stąd, że to nie jest wiedza z filmików na YouTube. To są godziny spędzone na szkoleniach. Prawdziwych, certyfikowanych szkoleniach, gdzie uczysz się o biologii tych małych drani. Musisz wiedzieć, jak żyje karaluch, jak rozmnaża się pluskwa, gdzie szukać gniazda i jakie ma zwyczaje. Musisz znać cykl rozwojowy – od jaja do dorosłego osobnika. Bo jeśli tego nie wiesz, to będziesz pryskał na oślep. Zabijesz kilka dorosłych sztuk, a za dwa tygodnie z jaj wylęgnie się nowe pokolenie i cała walka z wiatrakami zaczyna się od nowa.

A chemia? To drugi, jeszcze ważniejszy temat. Każdy środek ma coś takiego jak karta charakterystyki. To taka instrukcja obsługi, tylko tysiąc razy ważniejsza. Jaka substancja czynna, jakie stężenie, jaki czas karencji, jakie środki ostrożności. Czy można go używać przy dzieciach, astmatykach, zwierzętach? Czy działa na prusaki, ale na przykład na rybiki już niekoniecznie? Technik, który przeszedł szkolenie, wie, że nie ma jednego złotego środka na wszystko. On dobiera preparat i metodę do konkretnego problemu, konkretnego miejsca i konkretnych mieszkańców. To jest odpowiedzialność.

Widziałem już wszystko. Serio.

Pamiętam akcję w jednym z domów pod Kartuzami. Szczury. Ale nie takie tam myszki polne. Prawdziwe, wielkie szczury wędrowne. Ktoś przed nami „rozwiązał problem”, rzucając w piwnicy garść niebieskiej trutki, takiej w granulkach, prosto na beton. Efekt? Szczury rozniosły to po całym domu. Znalazłem te granulki w szafce z zabawkami dziecka na parterze. Włos mi się zjeżył na głowie. Maluch mógł to wziąć do buzi. To jest właśnie efekt braku wiedzy i wyobraźni.

Prawdziwy deratyzator wie, że trutkę ZAWSZE podaje się w specjalnych, zamkniętych na klucz karmnikach deratyzacyjnych. Takich, żeby dziecko czy pies nie mogło się do tego dostać. Wie, gdzie te karmniki postawić – na szlakach wędrówek gryzoni, a nie na środku pokoju. To jest ta różnica. To jest gwarancja bezpieczeństwa, o której mówią prawdziwe uprawnienia technika DDD, a nie tylko ładna wizytówka.

Dlatego tak ważne jest, żeby pytać. Nie bójcie się pytać. To wasz dom i wasze bezpieczeństwo. Kiedy wpuszczacie do siebie technika, macie prawo wiedzieć:

  • Czy ma Pan aktualne zaświadczenie o ukończeniu szkolenia z zakresu stosowania środków ochrony roślin metodą fumigacji lub szkolenia DDD?
  • Czy firma ma ubezpieczenie OC? Co, jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli zniszczy mi meble albo zatruje psa?
  • Jakiego środka Pan użyje? Jaka jest substancja czynna i jaki jest okres karencji?
  • Co dokładnie będzie Pan robił? Czy tylko spryska Pan widoczne miejsca, czy będzie szukał źródła problemu?

Jeśli na te pytania facet zaczyna kręcić, mówić coś pod nosem albo odpowiada „a po co pani to wiedzieć, ja się znam”, to powinna wam się zapalić czerwona lampka. Taka wielka, pulsująca, jak na przejeździe kolejowym. To znaczy, że albo czegoś nie wie, albo ma coś do ukrycia. Prawdziwy fachowiec z chęcią wam wszystko wytłumaczy. Bo on wie, że wasza współpraca jest kluczowa. Że jak ja wytłumaczę, gdzie chować jedzenie i jak uszczelnić dziury, to moja praca będzie sto razy skuteczniejsza.

Dla mnie ta praca to nie tylko pryskanie. To jest trochę jak praca detektywa. Szukanie śladów, łączenie faktów, znajdowanie kryjówki. A na końcu jest ta satysfakcja… Kiedy wracam po jakimś czasie na kontrolę, a ta sama para z Wrzeszcza otwiera mi drzwi z uśmiechem. Kiedy mówią: „Panie Danielu, w końcu mamy święty spokój. Od tamtej pory nie widzieliśmy ani jednego”. Wtedy czuję, że to, co robię, ma sens. Że przywracam ludziom komfort życia we własnym domu. I to jest najlepsza zapłata.

Więc następnym razem, jak będziecie szukać pomocy, pamiętajcie o tej rozmowie. Nie patrzcie tylko na cenę w ogłoszeniu. Sprawdźcie, kto za nią stoi. Bo za certyfikatem i wiedzą stoi coś znacznie cenniejszego – odpowiedzialność za Was i Waszą rodzinę.

Jak macie jakieś wątpliwości albo po prostu chcecie pogadać o tym, co wam chrupie w ścianie w nocy – dzwońcie śmiało. Czasem wystarczy krótka rozmowa, żeby wiedzieć, co robić dalej.

Przewijanie do góry