
Dzwoni telefon, numer nieznany. Odbieram. Zawsze odbieram, bo to moja praca, a ja ją, kurczę, lubię. W słuchawce miły, ale lekko spanikowany głos pani z gdańskiej Żabianki.
– Dzień dobry, Panie Danielu? Potrzebuję pilnie dezynfekcji. Mam robaki w kuchni.
Uśmiecham się pod nosem. To klasyk. Codziennie ktoś chce „dezynfekować” robaki albo „dezynsekować” myszy. I wiecie co? To zupełnie normalne. Nikt Was w szkole nie uczył tych dziwnych słów na „de”. A ja nie jestem od tego, żeby się wymądrzać, tylko żeby pomóc. Żebyście mieli w domu święty spokój.
No więc tłumaczę tej pani, spokojnie, jak koledze przy kawie. Że dezynfekcja to jest walka z tym, czego nie widać. Z bakteriami, wirusami, grzybami. Jak ktoś chorował, jak zalało piwnicę i wlazł grzyb, albo – odpukać – po jakiejś tragedii. To jest odkażanie. Spryskujemy powierzchnie, robimy zamgławianie, żeby powietrze było czyste, żeby nic nieprzyjemnie nie pachniało, żeby było po prostu bezpiecznie.
A robaki? To już inna bajka. To jest… no właśnie.
To co z tymi robakami? Dezynsekcja, czyli wojna na froncie mikro
– Czyli Pan mówi, że ja potrzebuję dezynsekcji? – pyta pani z Żabianki.
– Dokładnie tak – odpowiadam, a w głowie już mi się odpala tryb detektywa. – A co to za robaki?
Cisza w słuchawce. A potem to niepewne: „No… takie brązowe, szybkie. Jak zapalam światło w nocy, to uciekają”.
Aha. Prusaki. Mój stary, dobry „przyjaciel”. Widzę to oczami wyobraźni. Stoję w jej kuchni. Zaglądam za lodówkę. Latarka w dłoni, snop światła przesuwa się po ciepłej, lekko zakurzonej kratce silnika. I nagle ruch. Dziesiątki par czułków drgają nerwowo w tym nagłym świetle. Uciekają w panice, chowają się w najmniejszych szczelinach. Słychać tylko taki cichutki, nieprzyjemny szelest. To jest właśnie ten mikro-moment, kiedy klient rozumie, że puszka sprayu ze sklepu to była walka z wiatrakami.
Ludzie często myślą, że jak kupią jakiś środek i popsikają po kątach, to załatwią sprawę. A to jest tylko zaleczenie tematu. Zabiją kilka tych, które wybiegły na spacer. Ale gniazdo? Gniazdo jest głęboko. W listwach, za szafkami, w zawiasach, nawet w ekspresie do kawy. Tak, serio. Widziałem już prusaki w takich miejscach, że głowa mała. Dlatego my nie pryskamy na oślep. Stosujemy żele, opryski celowane, zamgławianie ULV, które wnika w każdą szparę. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Czy to na pewno prusaki? Może to karaluchy, które są większe i trochę inaczej działają? A może coś zupełnie innego? Zła diagnoza to pieniądze wyrzucone w błoto.
A co tak chrupie w ścianie? Wkracza deratyzacja.
Czasem dostaję jeszcze inne zlecenie. „Panie Danielu, mam jakieś wielkie robale w ścianach na poddaszu, tak drapią w nocy, że spać nie mogę”. Jadę do klienta, domek w Baninie. Wchodzę na strych, a tam zamiast „wielkich robali” – małe, czarne bobki wielkości ziaren ryżu. I ten specyficzny zapach. Taka stęchlizna z nutą amoniaku. Myszy.
A jak bobki są większe, podłużne, to już grubszy kaliber. Szczur. I to już nie jest zabawa. To jest deratyzacja. Tępienie gryzoni.
I znowu, to nie polega na rzuceniu trutki w kąt. To fuszerka. Profesjonalna deratyzacja to śledztwo.
- Skąd one wchodzą? Trzeba obejść cały dom. Dziura w podmurówce wielkości pięciozłotówki? Szczur wejdzie. Nieszczelna kratka wentylacyjna? Myszy zrobią sobie tam autostradę.
- Gdzie mają gniazdo? Patrzę na ślady. Na tłuste smugi, które szczury zostawiają na ścianach, bo ocierają się o nie futrem. Na nadgryzione kable. Tak, one muszą gryźć, żeby ścierać zęby. Kiedyś u klienta w Pruszczu Gdańskim przegryzły przewód od internetu. Facet myślał, że operator ma awarię, a winowajca siedział pod podłogą.
- Jak je złapać? Używamy karmników deratyzacyjnych. To nie są jakieś pułapki z kreskówek. To bezpieczne stacje, do których nie dostanie się ani dziecko, ani pies. W środku jest specjalna trutka, która działa z opóźnieniem. Dlaczego? Bo szczury są cholernie mądre. Jak jeden zje i od razu padnie, reszta stada nigdy tego nie dotknie.
Więc jak słyszysz drapanie, chrobotanie, widzisz odchody – nie zgaduj. Nie kupuj pierwszej-lepszej trutki. Bo to może być dopiero początek problemów. Ważne jest, żeby nie tylko pozbyć się gryzoni, ale też zabezpieczyć dom, żeby nie wróciły. Bo po co wygrywać bitwę, jak za miesiąc czeka nas kolejna? Trzeba myśleć o tym, jak zapewnić sobie spokój na długo, a nie tylko na chwilę.
Wybierz usługę mądrze, czyli nie strzelaj z armaty do komara
Więc mamy już trzy „de”:
- DezynSEKCJA – od INSEKTÓW (prusaki, pluskwy, mrówki, mole).
- DeRATyzacja – od RAT (szczur po angielsku, łatwo skojarzyć), czyli gryzonie (myszy, szczury).
- DezynFEKCJA – od INFEKCJI (bakterie, wirusy, grzyby).
I teraz najważniejsze. Mądry wybór usługi nie polega na tym, że sam musisz być ekspertem. Mądry wybór polega na tym, żeby dobrze opisać problem. Zadzwoń i powiedz: „Panie Danielu, coś mi biega po kuchni w nocy”. Albo: „Mam dziwne ugryzienia na nogach”. Albo: „Coś mi śmierdzi w piwnicy po zalaniu”.
Ja zadaję pytania. Dopytuję. Czasem już po rozmowie wiem, z czym mamy do czynienia. Czasem muszę przyjechać i zobaczyć. Bo czasami to, co wygląda na problem, wcale nim nie jest. Pamiętam panią, która była przerażona, bo znalazła w łazience „strasznego robaka”. Okazało się, że to był rybik cukrowy. Niegroźny, lubi wilgoć, ale nie robi krzywdy. Innym razem klient chciał usuwać „groźne pająki”, a to były zwykłe kosarze, które zjadają inne owady. Warto wiedzieć, że nie każdy intruz w domu to od razu szkodnik, z którym trzeba walczyć chemią.
Moja praca daje mi energię, bo widzę efekty. Widzę ulgę na twarzach ludzi. Tę chwilę, kiedy pani Ania z Wrzeszcza dzwoni po tygodniu i mówi, że w końcu cała rodzina przespała noc bez drapania się po ugryzieniach pluskiew. Albo kiedy pan Marek z Gdyni ściska mi dłoń, bo w jego restauracji w końcu nie ma śladu po karaluchach i może spokojnie czekać na kontrolę Sanepidu.
To jest dla mnie najlepsza zapłata. Ten moment, kiedy problem znika, a w jego miejsce pojawia się spokój.
Więc jeśli coś Cię niepokoi, coś biega, gryzie albo dziwnie pachnie – nie kombinuj na własną rękę. Szkoda Twoich nerwów i pieniędzy.
Zadzwoń, pogadamy. Mieszkam i pracuję tu, w Trójmieście, znam nasze lokalne problemy. Opowiesz mi, co się dzieje, a ja postaram się pomóc. Czasem dobra rada przez telefon wystarczy. A jak nie, to wsiadam w auto i jestem.

