Jak bezpiecznie zwalczyć szkodniki, gdy w domu są dzieci i zwierzęta?

Obrazek tytułowy

Pamiętam jak dziś. Telefon, młoda kobieta, głos jej się łamie. „Panie, ja już nie wiem, co robić. Mam małe dziecko, pełza po podłodze, do tego pies. A w nocy, jak zapalam światło w kuchni… one uciekają. Takie małe, brązowe”. Słyszę w tle gaworzenie malucha i ciche poszczekiwanie. Wiem, że nie chodzi już tylko o robaki. Chodzi o ten strach, to poczucie bezradności we własnym domu.

Pojechałem na Wrzeszcz. Mieszkanie zadbane, czyste, pachnące. Otwiera mi ta sama kobieta z telefonu. Wskazuje ręką na kuchnię. „Tam, pod zlewem. I za lodówką”. Biorę latarkę, taką mocną, co daje snop światła jak szperacz. Kucam, zaglądam za cokół szafki. Cisza. Czekam sekundę. I nagle jest. Szybki, nerwowy ruch. Prusak. A potem drugi. W świetle latarki jego pancerzyk lśni jak polakierowany.

Kobieta patrzy na mnie z przerażeniem w oczach i pyta: „I co teraz? Czy to się w ogóle da wytruć bezpiecznie? Ja się boję tej całej chemii bardziej niż ich”.

I wiecie co? To jest pytanie, które słyszę prawie codziennie. To jest sedno sprawy. Bo zabić szkodnika to jedno. Ale zrobić to tak, żeby dwuletnia Zosia mogła za chwilę bawić się klockami na podłodze, a labrador Burek mógł bez obaw wylizać miskę, która stoi obok – to jest prawdziwa sztuka.

Zapomnij o chmurze śmierdzącego sprayu

Wiele osób ma w głowie obraz dezynsekcji z filmów albo z opowieści babci. Facet w masce gazowej, wielka pompa i chmura chemii, która osiada na wszystkim. Taki ostry, gryzący zapach, po którym trzeba wietrzyć mieszkanie przez trzy dni i myć każdą filiżankę. Owszem, były takie czasy. Ale to tak, jakby porównywać malucha do dzisiejszych samochodów. Dziś to wygląda zupełnie inaczej. To nie jest walenie z armaty do komara.

U tej pani na Wrzeszczu nawet nie wyciągnąłem opryskiwacza. Wyjąłem małą strzykawkę. Wygląda trochę jak ta do podawania syropu dziecku. W środku jest specjalny żel. Bezwonny. Niesamowicie atrakcyjny dla prusaków. One go uwielbiają bardziej niż resztki z wczorajszego obiadu.

I teraz najważniejsze. Gdzie ja ten żel aplikuję?

  • W szczelinach za zawiasami szafek.
  • Głęboko pod blatem, tam gdzie nikt nie sięga.
  • Na prowadnicach od szuflad, od spodu.
  • Za kratkami wentylacyjnymi.
  • Wewnątrz gniazdek elektrycznych (po odkręceniu obudowy, oczywiście).

Nakładam kropelki wielkości główki od szpilki. Dziecko tego nie dotknie, bo nie ma jak. Pies tego nie zliże, bo nawet nie poczuje, że tam coś jest. To jest precyzyjna, chirurgiczna robota. Prusak zjada taką kropelkę, wraca do swojego gniazda gdzieś w czeluściach ścian i tam pada. A że prusaki to kanibale, to inne zjadają go razem z trucizną. Taka reakcja łańcuchowa. Bez jednego pryśnięcia w otwartą przestrzeń kuchni. Po wszystkim pani Kasia (bo tak miała na imię) patrzy na mnie i mówi: „To już? Tylko tyle?”. Tak. Tylko i aż tyle.

A co ze zwierzakami, które same są szkodnikami? Mówię o myszach.

Inny temat, ale ten sam problem. Słychać w nocy chrobotanie w ścianie albo nad sufitem podwieszanym. Pies zaczyna wariować, wpatruje się w jeden punkt przy podłodze. To znak. Masz gościa. Z ogonem. I znowu panika. Bo jak wyłożyć trutkę, żeby kot jej nie zjadł? Albo ciekawski pies nie dobrał się do kolorowych granulek?

Tutaj też technologia poszła do przodu. To nie jest już rzucanie trutki w kąt za szafą. To fuszerka, nie robota. My używamy czegoś, co nazywa się karmnikiem deratyzacyjnym. Wyobraź sobie czarne, solidne pudełko z twardego plastiku. Ma małe otworki po bokach, takie w sam raz, żeby wślizgnęła się tam mysz. W środku, na specjalnym pręciku, jest zabezpieczona kostka z trutką. Myszy nie da się jej wynieść na zewnątrz. Nie ma opcji.

A co najważniejsze – taki karmnik jest zamykany na specjalny kluczyk. Ani dziecko, ani pies, ani kot go nie otworzy. Stawiamy je w miejscach, gdzie gryzonie mają swoje autostrady – za lodówką, wzdłuż ścian w piwnicy, na strychu. To jest kontrolowane i bezpieczne podawanie preparatu. Dokładnie wiesz, gdzie jest i masz pewność, że nikt niepowołany się do niego nie dobierze. Warto o tym pamiętać, gdy słyszysz myszy i zastanawiasz się, co robić dalej.

Marketowe wynalazki, czyli walka z wiatrakami

Rozumiem pokusę. Idziesz do marketu, widzisz półkę z napisem „na robaki”. Kupujesz spray za 20 złotych. Wracasz do domu, psikasz po kątach. Efekt? Zabijasz te kilka prusaków, które akurat wyszły na spacer. Reszta kolonii, schowana głęboko w ścianach, ma się świetnie. Co gorsza, takie preparaty często mają działanie odstraszające. Więc nie dość, że nie likwidujesz problemu, to jeszcze rozganiasz robactwo po całym mieszkaniu. Z jednego zainfekowanego miejsca robią się trzy.

A najgorsze jest to, co niewidoczne. Ta chemiczna mgiełka z aerozolu osiada na podłodze, na dywanie, na meblach. Tam, gdzie za chwilę będzie raczkować Twoje dziecko. Albo położy się Twój pies, a potem będzie sobie lizał łapy. To jest prawdziwe zagrożenie. To jest właśnie ta „chemia”, której ludzie się boją. I słusznie! Samodzielne, nieprzemyślane działania to często proszenie się o kłopoty. Czasem problem zaczyna się niewinnie, np. od szkodników w jedzeniu dla pupila. Mało kto wie, że tania karma dla psa może być źródłem rozkruszków, które potem rozłażą się po całej kuchni.

Moja praca daje mi niesamowitą energię. Nie dlatego, że lubię zwalczać szkodniki. Dlatego, że widzę ulgę na twarzach ludzi. Widzę, jak z pani Kasi na Wrzeszczu zeszło to całe napięcie. Jak ramiona jej opadły, jak wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się po raz pierwszy od kiedy otworzyła mi drzwi. Odzyskała swój dom. Swój święty spokój. I o to w tym wszystkim chodzi.

Więc jeśli widzisz u siebie coś, co Cię niepokoi, coś biega po ścianie, coś chrupie w nocy… Zanim sięgniesz po spray z marketu, pomyśl o Zosi i Burku. I po prostu zadzwoń. Chociażby po to, żeby pogadać i zapytać. Czasem dobra rozmowa i kilka fachowych porad wystarczą, żeby spać spokojniej.

Przewijanie do góry